Jak bez wysiłku zdobyć dodatkowe pieniądze?
Sposobów jest mnóstwo - można grać na giełdzie albo próbować trafić "szóstkę".
Można też typować zwycięzców w zakładach sportowych. Dziecinnie proste? - To praca na drugi etat. Amatorzy mogą co najwyżej stracić pieniądze - mówią wytrawni gracze.
Waldemar Bukowski od dziesięciu lat zawodowo zakłada się z bukmacherami o wyniki spotkań i rozgrywek w piłkę nożną. Na przygotowanie zakładów Bukowski poświęca dwie godziny dziennie. - To ciężka harówka głową - mówi.
Sobota, lotnisko Okęcie. W hali przylotów spotykamy się z Waldemarem Bukowskim i jego żoną Ewą. Państwo Bukowscy są zrelaksowani i zadowoleni z życia - właśnie wrócili z wycieczki do Monachium. - Zwiedzaliśmy miasto, muzeum BMW, wieżę telewizyjną. Do tego pluskanie w największym w Europie aqua-parku - wylicza jednym tchem pan Waldemar. Ale te atrakcje to tylko dodatek do gwoździa programu - meczu na szczycie Bundesligi na supernowoczesnym stadionie Allianz Arena. - Derby Bawarii, Bayern Leverkusen z Bayernem Monachium! - emocjonuje się Waldemar Bukowski.
Kto jeździ na wakacje oglądać mecze? Tylko ci, którzy ze sportu uczynili sposób na życie.
Nie chodzi jednak o zawodowych sportowców, tylko o kibiców, którzy przyglądają się ich wynikom. I potrafią na tym zarobić.
Waldemar Bukowski wie, jak to zrobić - od dziesięciu lat zawodowo zakłada się z bukmacherami o wyniki spotkań i rozgrywek w piłkę nożną, interesują go też: hokej, tenis, boks i lekka atletyka.
Wcześniej zakładał się z kolegami w rodzinnym Krośnie. Aż do czasu, kiedy w ich mieście pojawiła się pierwsza z firm bukmacherskich. Teraz jest już zawodowcem i uznanym graczem. Tak uznanym, że jedna z firm, w której najczęściej obstawia zakłady, już osiem razy wysłał go za granicę w dowód uznania dla stałego klienta. Który dużo wygrywa, ale i przynosi dochód firmie.
Ile już wygrał? Wystarczyłoby na mieszkanie w Warszawie.
Ile zainwestował? - Pewnie niewiele mniej - zastanawia się.
- Ale nie zawsze się wygrywało. Pierwszy rok zakładów upłynął pod znakiem ułańskiej fantazji, przegrałem trochę pieniędzy - opowiada pan Waldemar.
Wtedy pasji męża zaczęła przyglądać się pani Ewa. Małżeństwo prowadzi w Krośnie bar szybkiej obsługi.
- Trochę mnie przystopowała - śmieje się pan Waldemar. Trzeba było szukać sposobu na grę. - Opracowanie strategii zajęło mi rok. Teraz wystarczy się jej trzymać - mówi. - Ale to ciężka praca - opowiada.
Praca? Okazuje się, że zakłady bukmacherskie to ciężki kawałek chleba. Kto liczy na szybkie i wysokie wygrane, musi liczyć się z bolesną porażką. - Ja na przygotowanie zakładów poświęcam dwie godziny dziennie. To ciężka harówka głową - tłumaczy Bukowski.
O co chodzi?
Wytrawny gracz jest zawsze na bieżąco z wynikami swojej drużyny. Ale nie tylko. Do tego potrzebna jest też wiedza o stanie zdrowia głównych zawodników, ich formie, atmosferze w drużynie. A także analiza tabeli, statystyk drużyny z ostatnich 4-5 spotkań (liczba kartek, rzutów rożnych, karnych itp.). Plus lektura prasy fachowej, stron internetowych i forów.
- Oglądanie samego meczu to dodatek - śmieje się pan Waldemar.
Po co to wszystko? Żeby zdobyć jak najwięcej cennych informacji. - Gdy gra pierwsza drużyna z ostatnią w tabeli, tylko z pozoru wynik jest oczywisty. Jest mnóstwo zmiennych, pod koniec sezonu gra się inaczej niż na początku. Liderowi już nie zależy, słabeusz gryzie trawę z wysiłku. Wszystko może się zdarzyć, ale nie każdy to wie - tłumaczy Bukowski.
Potrzebne są też "chody" i znajomości. - Tak się składa, że mam kilku znajomych w naszej drużynie w Krośnie. Te informacje pomagają mi właściwie obstawiać - tłumaczy. Ale kto nie ma "wejść", musi podpierać się analizą i statystyką. A także psychologią. - Bardzo ważna. Bywa, że gdy do drużyny przychodzi nowy trener, słabeusz potrafi zmieść utytułowanego rywala.
Statystyka i wiedza poparta analizą to 75 proc. Pozostałe procenty to szczęście i siły pozaziemskie - śmieje się. Są z tego korzyści. - Teraz jestem zadowolony z tego, ile wygrywam. Ale to dopiero teraz, po kilku latach - zastrzega. Miesięcznie potrafi zarobić nawet 3 tys. zł. Ale bywają i bolesne porażki. - Zdarzyło mi się przegrać tysiąc złotych. Postawiłem na szczypiornistki z Niemiec w meczu z Angolą. Zdawałoby się, że pewniak. A w ostatnich sekundach panie z Angoli wywalczyły remis. Pieniądze przepadły - śmieje się. Takie porażki są nauczką. Pan Waldemar już wie, że tłumek graczy w oddziałach bukmacherów ma małe szanse na wygranie.
To wiedza podobna do tej, którą ma pan Tomasz, zapalony koniarz. Od kilkudziesięciu lat co weekend odwiedza tor konny na warszawskim Służewcu. I co tydzień obserwuje ludzi, którzy przychodzą na wyścigi po pieniądze.
- Ten sport to nie pieniądze. Wyścigi to hodowla, wyścigi i zakłady sportowe. Kto przychodzi tu po kasę, przegra. Wyścigi nie są dla niego - mówi pan Tomasz. - Ale jeśli całe życie grał w Dużego Lotka, to tracił pieniądze, bo w to nie można wygrać. A na wyścigach tak.
Pan Tomasz nie tylko gra na wyścigach. Jest absolutnie zakochany w koniach. Godzinami może opowiadać wyścigowe historie nie tylko z Polski, ale także z torów w Szwecji, Anglii i USA. Jak mówi, do koni trzeba mieć oko i intuicję - oko, by jednym spojrzeniem ogarnąć konia i wiedzieć, czy ma szanse w wyścigu.
- Chodzi o proporcje, nie każdy koń ma odpowiednie. Proporcje równa się predyspozycje do biegania - wyjaśnia. A intuicja - to już nie każdemu jest dane. Ktoś czuje, albo nie czuje wyścigów - mówi pan Tomasz. Ale intuicja i oko do proporcji również nie wystarczają. Na Służewcu można wygrać, ale najważniejsza jest praca.
- No niestety, trzeba pogłówkować nad papierami. Wystarczy się rozejrzeć dookoła podczas mityngu wyścigowego, starzy koniarze wciąż siedzą nad papierem - śmieje się pan Tomasz. A jest co analizować - w programie każdego dnia wyścigowego jest lista startowa koni, ich imiona, waga i inne podstawowe informacje. Równie ważny jest dołączony do programu tzw. performance, czyli spis wyników konia, daty startów, i wiele innych rzeczy: dystans, stan toru, zajęte przez konia miejsce.
- Tę pracę domową trzeba odrobić, jeśli chce się pograć i wygrać. A konia się nie pozna w ciągu jednego dnia - podkreśla pan Tomasz. Program i "performens" trzeba umieć czytać. Jeśli nie, pozostaje obserwować, na co stawiają inni.
- Jeśli nie chcemy za dużo przegrać, postawmy na faworyta - życzliwie radzi pan Tomasz. To uwaga dla "niedzielnych graczy", których pełno można spotkać zarówno w punktach przyjmujących zakłady jak i na Służewcu. Kto poważnie myśli o grze, musi zacząć "znać się" na wyścigach. I nie tylko na nich - także na koniach, dżokejach, rodzajach zakładów itp. To znowu oznacza codzienną pracę - czytanie gazet, internetu, forów internetowych, generalnie "interesowanie się". Wszystko po to, żeby pozostać w obiegu.
Ile można wygrać? Nawet kilka tysięcy miesięcznie. Ale i sporo zainwestować. - Nawet kilkaset złotych w gonitwie, żeby wygrana była jako-taka - mówi pan Tomasz. Więcej można zarobić na zagranicznych wyścigach. W Szwecji np. popularne są kłusaki. - A pula wygranych podobna do kumulacji w Dużym Lotku - wzdycha pan Tomasz. Jednak ogrom wiedzy do zdobycia może przerosnąć nowicjuszy z Polski.
- Powiedzmy sobie uczciwie. Ci "niedzielni" ludzie nie wygrają. Z nich żyją firmy bukmacherskie i doświadczeni gracze - mówi pan Tomasz.
Dlaczego przegrywają i co muszą zrobić, by do minimum ograniczyć straty zanim załapią, o co chodzi w tym biznesie?
- Problemem drobnych graczy jest to, że grając za małe pieniądze, chcą wygrać dużo. A to nie Duży Lotek, tu w grę nie wchodzą miliony, lecz tysiące. Ale ich się nie wygra za 5 zł - mówi pan Waldemar. - To zabawa dla ludzi, którzy umieją kontrolować emocje. Kto nie potrafi, ten nie wygra. A porażki bywają bolesne - zaznacza pan Tomasz.
Obaj zgodnie odradzają to zajęcie również ludziom mającym kłopoty z hazardem. Gdy ktoś się zapożycza, by grać, albo wydaje ostatnie pieniądze - to dzwonek alarmowy, że trzeba szukać psychologa i specjalisty od uzależnień. A jednorazowe, bajeczne wygrane rodem z kreskówek, gdzie jednoręki bandyta pluje monetami? - Nie zdarzają się w życiu. Trzeba nastawić się na wygrywanie w długich okresach - twierdzi Waldemar Bukowski. - Istotny jest cały sezon. Trzeba założyć, ile miesięcznie chcemy wygrać, i ile możemy przeznaczyć na zakłady. I się pilnować! Tylko to daje wyniki - zaznacza Bukowski. Co chciałby robić dalej? - Wygrać tyle, żeby już nie musieć pracować - śmieje się.
Autor: Grzegorz Lisicki
Źródło: gazetapraca.pl